- Powiedziałem ci przecież, że po minucie wezwałem

— To niesamowite, jak bardzo.
- Słyszałam, Jim. - Posłała chłopcu spokojny, trochę posępny uśmiech. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Rób, co do ciebie należy, a jeśli ktoś będzie cię o coś pytał, odeślij go do mnie, rozumiesz?
Obejrzała się przez ramię.
- Ale zabrzmiało. - Odsunęła się od niego. - Przepraszam cię. Muszę wracać do pracy.
- Skądże! - roześmiał się Bryce. - Posiadłość od pokoleń należy do mojej rodziny. To dom rodziców.
Niepotrzebnie się martwiła. Hope doskonale wiedziała o jej przyjaźni z małą stypendystką, tak jak wiedziała niemal o
zapewne robiły ostatnią próbę przed wejściem na salony. Nie zazdrościł guwernantce zadania,
Santos wyciągnął z szafy swoją torbę. Miał już dosyć płatnej opieki i dętej troski. Znika. Tym razem opieka społeczna go nie znajdzie i nie odeśle do kolejnej rodziny zastępczej.
- W kuchni.
jej drgała. - A panna Brookhollow mówi, że jest śliczna!
Pocałował więc staruszkę w czoło, szepnął, że niedługo wróci, po czym z najbliższego automatu zadzwonił do pracy, potem do Liz, wreszcie do Hope.
będę musiał odwiedzić setkę sklepów. Chcę najlepszą
- Daj spokój, Santos, proszę. To niepotrzebne. - Gloria odwróciła się, chciała odejść.
chamiając dodatkowe osłony kadłuba. Jednakże pomarań-

Dane wpatrywał się w Kelsey.

- Dlaczego miałbym się martwić?
- Tak, Glorio Aleksandro. Ciągle jeszcze jesteś niepełnoletnia. Wykorzystał cię, ale istnieje
- I okazuje to wszem i wobec. - Posławszy jej ostatnie spojrzenie, ruszył do drzwi. -

- Tak czy inaczej, bałagan istnieje.

siedzieli w klubie zaledwie o przecznicę od Bourbon Street, sącząc
Sheila była ostatnio z Dane'em. Poszła do niego,
Najpierw czytała dziennik, potem pływała.

miony Bobby obrócił się i przyjrzał się jej. Stała zupełnie

się wybiera. Wychowywałem ją, a co mnie za to
znajomymi Sheili, ten tydzień wakacji by ci nie
umiem.